Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 9 grudnia 2014

Szare kozaczki

Muszę Wam powiedzieć, że mam słabość do butów.
Nie jest to taka słabość, jak większości kobiet, na zasadzie mam 15 par kupię sobie 3 kolejne.
Z racji tego, że mam stopę jaką mam, czyli wielką przez wiele lat zmuszona byłam chodzić w męskich butach, więc jak znajdę jakieś które są na mnie dobre, damskie i jeszcze mi się podobają, to biorę, choć kozaczki z zeszłego roku jeszcze mam, ale te musiałam po prostu kupić.
Największy wybór damskich butów w rozmiarze 42-43 ma sklep Deichmann,  w którym najczęściej się zaopatruję, zwłaszcza w tzw. "zakryte buty". Wiadomo, że w lecie, kiedy stopa, czy palce na wierzchu, to od biedy zmieszczę swoją wielką stopę w rozmiar 41, o tyle w sezonie jesień zima muszę mieć zakryty but,a nie chcę jak kiedyś kulić palców w za małych butach, bo stawiam na wygodę.
Zdjęcia zrobione są już jakiś czas temu, ale w dosyć chłodny jesienny poranek.








Kozaczki: Deishmann
Spodnie: Denim
Golf: prezent
Kurtka:Select, już byłam w niej Tu
Torebka czarna też już tu była SH
Komin: Anilanka własnoręcznie wydziergany :)

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Choruję

Ech... myślałam, że mi się uda przezwyciężyć chorobę, ale tym razem mi się nie udało.
Przeziębiona byłam od 2 tygodni, ale wiadomo, że pogoda taka a nie inna robi swoje.
Poza tym z racji wykonywanego zawodu mam dużo kontaktu z ludźmi,a jeszcze więcej z ludźmi chorymi.
W pracy mam dosyć zimno, w pomieszczeniu, gdzie najczęściej przebywam jest tylko 15 stopni.
Przypuszczam, że też mój tryb życia przyczynił się do osłabienia organizmu, a mianowicie duża aktywność a mało snu.
Niestety chcąc nie chcąc musiałam wyluzować, kiedy po powrocie z pracy miałam gorączkę 38,3.
Skończyło się na antybiotyku :( i leżeniu w domu.
Miałam mieszane uczucia, bo jestem na umowie próbnej, no i nie wiedziałam, jak zareagują u mnie w pracy.
Na szczęście poszli mi na rękę i mam kilka dni wolnego,więc korzystam z wolnego i leżę, śpię, oj jak ja  dużo śpię, aż mnie kości bolą, bo po 10-12 godzin śpię, ale widocznie organizm tyle potrzebuje snu.
Moje dzieciaki mają teraz ciężkie dni, bo zawsze było tak, że gadałam, prosiłam, groziłam a i tak sama robiłam.
Ale teraz nie mam siły, co chwila się  muszę położyć, bo jestem osłabiona i nie mam siły, albo w głowie mi się zaczyna kręcić.
Więc leżę i im mówię, co mają zrobić i dotąd im gadam, aż to zrobią.
Tym bardziej im nie odpuszczę, że cały ostatni tydzień sprzątałam na święta, włącznie z ogarnięciem szafek, półek, myciem i pastowaniem itd, a wystarczyło, że jeden dzień przeleżałam w łóżku i zrobili pobojowisko u siebie w pokoju.
Wczoraj robili sami pierniczki( pewnie na dniach Wam tutaj pokażę fotorelację) ale bałagan zostawili i poszli spać.
Nie może tak być, są coraz starsi, muszą się nauczyć sprzątać, a nie , że samo się zrobi(czyli oni wychodzą do szkoły, a ja zamiast zrobić coś dla siebie to sprzątam) sprzątam i końca nie widać.
Muszą się nauczyć szanować moją pracę, a nie tylko wymyślać wymówki, żeby mi nie pomóc.
Także chcąc nie chcąc muszą mi pomóc, w końcu zacząć coś robić w domu, poza robieniem lekcji.
A ja choć mnie nosi, pracuję nad tym, aby się nauczyć odpoczywać, leżeć i ciągle nie chodzić ze szmatką, nie ścierać, nie poprawiać po nich.
Dziś spałam do południa, szok po prostu,a jak się obudziłam, za oknem miałam taki widok

Niestety do wieczora niewiele z tego śniegu zostało, bo temperatura w okolicy zera stopni, ale przez chwilę zrobiło się zimowo i świątecznie.


środa, 3 grudnia 2014

Mój 16 letni syn

Czas... dlaczego tak szybko biegnie?
Z jednej strony człowiek się cieszy,  że dzieci rosną, że kończą kolejne szkoły, stają się coraz bardziej samodzielne.
Z drugiej strony troszkę szkoda, że tak szybko ten czas leci.
Już wczoraj jak przygotowywałam tort, przypominałam sobie, jak to o 17ej trafiłam na porodówkę, a po 17godzinach o 10:25 urodziłam moje pierwsze dziecko- syna Marka.
Ile było moich myśli, strachu, niewiadomego.
A potem bezgraniczna radość, prezent w postaci wymarzonego zdrowego synka, to wszystko warte było 17 godzin spędzonych na porodówce.
Może kiedyś opiszę dokładnie, jak to było, ale najlepszy był moment, kiedy ujrzałam go po raz pierwszy.

Sorki za jakość zdjęć, ale to był zwykły aparat kliszowy i wiadomo, jaka jakość zdjęcia.
Kiedyś największym problemem były nieprzespane noce, a teraz walka z humorami, okresem dojrzewania, problemami egzystencjalnymi, bunt, niezrozumienie i lęk, czy sobie w życiu da radę.
Czy nauczyłam go tego, co będzie mu w życiu potrzebne? czy jest przygotowany na zmierzenie się z przeciwnościami losu? czy jest wystarczająco samodzielny?
Wiadomo, że każda mama chce dla swego dziecka jak najlepiej, ale martwić się chyba nie przestanę.
Dziś będąc w pracy nie mogłam się doczekać, kiedy przyjdę do domu, uściskam młodego(choć to obciach) posiedzimy, wspólnie spędzimy miło czas.
Moje dzieci wolą własnoręcznie zrobione przeze mnie torty, choć nie są może idealne, ale liczy się, że włożyłam w nie całe swe serducho


Tort Rafaello:)

 pomyśl życzenie
 i zdmuchnij świeczki




Wygłupy z siostrą
 Był też sernik na zimno, pizza własnoręcznie robiona, a na koniec postanowiliśmy się ustawić do zdjęcia, jak 16 lat temu, oto efekt :)




niedziela, 30 listopada 2014

Chorobowo

Wiedziałam, że kiedyś to musi nastąpić, bo sezon chorobowy w pełni, ale ja tak nie lubię jak dzieciaki chorują :(
Daria(moja najmłodsza córka) od tygodnia kaszlała, ale na wszelkie moje prośby, o branie syropu, czy ssanie tabletek kręciła głową, bo to niedobre,a tamto coś tam.
Tłumaczyłam, prosiłam, jak grochem o ścianę.
Od środy dołączył do niej w kaszlu Marek, u niego ten kaszel od razu był gorszy, bo jest astmatykiem i alergikiem i pomimo iż w domu pół apteczki należy do niego( leki wziewne, do inhalacji, na rozszerzenie płuc, na rozrzedzenie itd) to mogłam sobie do niego gadać.
Jedynie syrop wziął z raz, jak nie mógł zasnąć, bo go kaszel dusił.
W piątek syn wybrał się do przychodni po stałe leki, które mu się skończyły, więc mówię do niego, jak już będziesz u lekarza, to niech Cię zbada z tym kaszlem, bo tak Ci świszcze, że szok.
Wrócił z antybiotykiem :(
Został w domu, a ja poszłam do apteki i po drodze zwolniłam córcię ze szkoły i poszłyśmy do przychodni.
Niestety bardzo brzydkie gardło i zatoki zaatakowane, no i dostała antybiotyk.
Dopiero jak Pani doktor powiedziała, że ma brać syropy, to nie ma przeproś i bierze, choć są niedobre.
Młody też dopiero jak usłyszał od Pani doktor, że ma brać wziewki, to sobie przyswoił.
Jak były małe i chorowały, to okropnie sie bałam, w nocy nad nimi czuwałam, bo często nie potrafili mi powiedzieć, co się dzieje.
A teraz są starsi i nie chcą się mnie słuchać i skończyło się na silnych lekach.
Zawsze wobec choroby dzieci jestem bezradna, nie lubię patrzeć, jak cierpią, jak ich coś boli, mają gorączkę...
Leki na szczęście działają i już się nie pokładają, tylko energia ich rozpiera.
Mam nadzieję, że szybko wrócą do pełni sił, a ja już myślę, o tym, jak zwiększyć ich odporność.


czwartek, 27 listopada 2014

Spaghetti po myśliwsku

W tym roku przekonałam się do szpinaku, więc co rusz próbuję go przemycić do różnych potraw i tak powstało to danie.
W ogóle uwielbiam spaghetti w każdej postaci, dlatego też będę chciała zamieścić przepisy na to danie w różnych wariantach.
Składniki:
500g mięsa mielonego wołowego
1 cebula dymka
1 puszka pomidorów lub koncentrat pomidorowy
5 ząbków czosnku
400g szpinaku
400g grzybów mrożonych( ja miałam zebranie przez męża)
makaron pełnoziarnisty
ser żółty do posypania
1 łyżka oliwy
przyprawy: sól, pieprz, oregano, bazylia, zioła prowansalskie,rozmaryn,tymianek

cebulę kroimy w kostkę,czosnek obieramy i wyciskamy przez praskę, albo kroimy drobno.
Na dno garnka łyżkę oliwy, wrzucamy cebulę, czosnek i podsmażamy na małym ogniu do zeszklenia
Następnie dodajemy grzybki i co rusz mieszając podsmażamy 15-20 minut
Dodajemy mięso mielone, przyprawy, podlewamy wodą, sól i pieprz do smaku i gotujemy na wolnym ogniu 20 minut.
Myjemy porządnie szpinak, kroimy  w paski i dorzucamy, dodajemy pomidory, dusimy jeszcze 5 minut, a w międzyczasie gotujemy makaron wg przepisu ok 10 minut w osolonej wodzie ze szczyptą oliwy.
Podajemy ze startym żółtym serem




poniedziałek, 24 listopada 2014

Wątróbka drobiowa po meksykańsku

Moje pierwsze wspomnienia z wątróbką nie są miłe.
Szkolna stołówka i przysłowiowa wieprzowa podeszwa, nijak jej nie można było przekroić, taka była twarda,a jak już się ją rozgryzło,to okazywało się, że w środku jest surowa.
Za to odkąd odkryłam wątróbkę drobiową kombinuję, jak ją można przyrządzić, wiadomo, że najłatwiej podsmażyć z cebulką, ale dziś w zupełnie innej odsłonie.
Będąc na zakupach trafiłam na mrożonki w "promocyjnej" cenie i tak w sumie wymyśliłam sobie wątróbkę po meksykańsku.
Składniki:
Wątróbka drobiowa ok 1kg( ja kupiłam 450g i sos na następny dzień został, a wątróbkę musiałam dokupić)
mieszanka meksykańska mrożona
2 pomidory
2 cebule
1 puszka fasoli czerwonej
1 puszka kukurydzy
1 szklanka ryżu
Przyprawy:papryka,imbir, curry,sól, pieprz

Cebulę i pomidory  kroimy w kostkę, do garnka wlewamy ok 1 litra wody , solimy, dodajemy przyprawy i czekamy,aż się zagotuje.
Na gotującą się wodę wrzucamy opłukaną wątróbkę, cebulę,warzywa z mrożonki, po 10-15 minutach dodajemy pomidory, 

W międzyczasie gotujemy wodę na ryż, którą solimy, dodajemy do niej imbir i szczyptę curry, oraz odsączoną kukurydzę.
puszkę z fasolą otwieramy, wylewamy część zalewy, resztę rozdrabniamy malakserem, wiem, że to nie za pięknie wygląda, ale zagęści nam fajnie sos.
Układamy ryż na talerzu, próbujemy sos z wątróbki, doprawiamy do smaku i podajemy.


piątek, 21 listopada 2014

Wyzwanie z Mel B dzień 20ty, nie wiem, co dalej?

Tak się zastanawiam, czy jest sens dalej to ciągnąć?
Niestety od soboty moja dieta to totalna porażka.
Zaczęło się od tego, że syn upiekł w sobotę ciasto, podobne do kopca kreta z Biedronki, więc spróbowałam.
To nie jego wina,bo mnie nie namawiał,ani nic.
Ale oczywiście nie skończyło się na tym, następnego dnia, a była to niedziela już 2 kawałki do kawy zjadłam i tak zaczęłam podjadać,a to z młodszą córcią popcorn,a to okienka smażone i inne takie.
Nie chcę się tłumaczyć, bo nie wiem, czy przyczyna tkwi w tych moich głupich hormonach, które sobie latają w bliżej nieokreślonym kierunku, czy też wina tego, że zrobiło się ostatnio zimno, szaro buro i ponuro i człowiek chce coś zjeść.
Nie mówię tutaj o normalnych ludziach, tzw statystycznym polaku, mówię o ludziach mających problem z wagą, którzy walczą i w takim momencie jest im po prostu ciężko.
Takim skubaniem, tu plasterek tego, to gryz tamtego suma sumarum 2kg mnie więcej,a do końca wyzwania zostało 10 dni i się zastanawiam, czy jest sens to dalej ciągnąć???
Wiadomo, że z ćwiczeń nie zrezygnuje, tym bardziej z Melką lubię ćwiczyć, ale robię to wyzwanie drugi raz i choć miałam się trzymać, idzie mi gorzej nić za pierwszym razem.
Już nawet mobilizacja w formie za małych ciuchów nie bardzo działa, a może to, że nie dosypiam też się przyczynia do tego.
Tyle, że ja jestem typem sowy i rozkręcam się najlepiej od godziny 17-18ej,a najefektywniej mi się pracuje o północy.
W domu lubię np segregować dokumenty, czy układać w półkach po północy, jest cisza spokój, nikt mi nie łazi, nie pyta.
Może w tym jest problem, że nawet w wolny dzień, chcąc nie chcąc zrywam się o 6:30 chodzę do 12ej jak zaprogramowany robot, potem stopniowo się rozkręcam.
W pewnym momencie zauważam, że już dawno po północy i choć tak fajnie mi się coś robi, to rano trzeba wstać i za mało znów tego snu...
Sama nie wiem, czy jest sens ciągnąć to wyzwanie, czy po prostu znaleźć zupełnie coś innego, odpocząć od tego samego zestawu ćwiczeń, wrzucić może troszkę zumby z Lindą, jakieś aeroby, może T25 co drugi dzień?
Z drugiej strony troszkę mi szkoda, bo już bliżej niż dalej.
Tyle, że zbliża się weekend i pomimo tego, że będzie pracowy w weekend zawsze sobie więcej pozwalam.
W dodatku odpadła mi moja ulubiona forma aktywności, czyli rower, bo jest zbyt zimno, choć może dziś pojadę na nim do pracy.
Ostatnio padał deszcz ze śniegiem jak wracałam i choć to tylko 2km to nieźle zmarzłam, zanim do domu dojechałam, bo wiał taki silny wiatr,że dosyć wolno jechałam.
http://demotywatory.pl/4404488/Specjalnie-dla-wszystkich-tych-co-mowia-mi-ze-powinnam-odpuscic-sobie-trening