Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życiowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życiowe. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 września 2023

Kolejna bezsenna noc

 Kolejna noc,kiedy budzi mnie ból, patrzę na zegarek 3:30

Ok, napiję się wody, może jeszcze zasnę,ale kiedy się układam zatyka mi nos,a ja nie umiem oddychać paszczą.

Powoli zmieniam pozycję i znowu to samo, próbuje krople ... nic z tego,biorę wodę morską,niby częściowo się nos oczyszcza,ale jak się kładę,to znowu jest zatkany.

Tak się kręcę i kombinuję,aż wybija 4ta, więc stwierdzam, że nici ze spania.

Biorę euthyrox,bo wiadomo na czczo i posłucham sobie trochę Szustaka,próbuje się jeszcze położyć,ale od razu zatyka mi nos i prawą noga drętwieje...

Siedzę, słucham, myślę i tak mija mi czas do 5ej. Biorę dexilant na drugie na czczo i lecę na forum,bo przecież ciągle mi na nie czasu brak,bo nie mam weny itd.

Nadrabiam zaległości,w końcu robi się widno, wstaje dzień.

Schodzę do kuchni,robię kawę i herbatę i postanawiam zajrzeć na bloga,bo już dawno nic nie pisałam.

Mogłabym powiedzieć,bo nie miałam czasu, ale czy naprawdę?

Czytam ostatnio sporo książek, w tym tzw."poradniki" i powoli dociera do mnie, że czas płynie tak samo, doba nadal trwa 24 godziny.

Owszem mamy dużo więcej na głowie niż kilka lat temu,ale też mamy dużo więcej rozpraszaczy typu internet,czy różne platformy z filmami.

Często łapie się na tym, że zamiast napisać na blogu,to przeglądam śmieszne filmiki na tt czy yt.

Owszem trochę czasu zajmuję mi korespondencja z innymi mamami wcześniaków, zwłaszcza kiedy to są świeżo upieczone mamy,które chcą się wygadać, doradzić,które szukają pomocy i często są zostawione same sobie,jak ja w szpitalu.

Z perspektywy czasu mogę im pomóc, a jak nie osobiście to nakierować do fundacji, ośrodka, psychologa, skontaktować z rzecznikiem, znaleźć miejsce w poradni.

Już przez to przeszłam i od tamtej pory dużo się zmieniło, powstało wiele miejsc pomocy.

Jednak kluczowym w takich sytuacjach jest rozmowa, czasem późno w nocy, czasem samo wysłuchanie dla kogoś dużo znaczy.

Nie będę się wdawać w szczegóły, ale najbardziej utkwiła mi w pamięci niedawna rozmowa z Tatą malutkiego wcześniaka,który jest w domu,a żona w szpitalu,maluch na Oionie i on musi być dla nich silny!

Dziecko w stanie ciężkim,ale stabilnym,żona strzępek nerwów,rodzina go nie rozumie i ciągle słyszą od rodziny, że będzie dobrze.

Pamiętam jak mnie to wkurzało, bo ktoś jest wróżką,czy jasnowidzem?

Nawet lekarz nie wie,jak będzie. Owszem trzeba mieć nadzieję,ale takie będzie dobrze, kiedy wiesz, że nic nie jest dobrze dobija.

Tak mi gada o tym i o tamtym, oczywiście zaczyna siebie obwiniać, płacze.

Milczymy chwilę,a potem mówię to,czego mi ani mężowi nikt nie powiedział.

To niczyja wina,tak się dzieje, masz prawo być zły/zła, wkurzony, zrozpaczony/a bezradny/a .

Mówię do niego i żeby przekazał żonie i nie musisz być ciągle silny,bo prędzej czy później to się odbije na Twoim zdrowiu.

Owszem wspieraj żonę,ale jak nie dajesz rady to płacz, jeżeli lubisz to idź na siłownię,basen, spacer,zrób coś dla siebie,idź do psychologa,to żaden wstyd.

To tylko jeden przykład,ale tych rozmów jest dużo więcej i staram się wtedy być dla innych,bo wiem jak ważne jest takie wsparcie, rozmowa,czasem pomilczenie.

Ale do brzegu, po co Wam to piszę,bo wtedy znajduję czas,bo te rozmowy to dla mnie priorytet.

No i tak jest z naszym życiem, to co jest dla nas ważne,na to zawsze znajdziemy czas.

W tym roku np. bardzo dużo książek czytam, wiadomo, że sporo czasu na tym spędzam.

A narzekam, że nie mam czasu na pisanie bloga,czy szydełko.

Owszem trzeba czasem jak to ja mówię się " odchamić" i pooglądać głupoty w necie,ale żeby nie stało się to naszym głównym celem,bo wtedy to jest niepotrzebna strata czasu.

Czytając jedną z książek niby dla dzieci " Dziecko na cyfrowym odwyku" dotarło do mnie,że w mniejszym lub większym stopniu wszyscy jesteśmy od smartfonów uzależnieni.

Tam jest takie fajne ćwiczenie,żeby jeżeli masz coś zrobić na komputerze/ laptopie,lub pracujesz zdalnie,żeby zrobić sobie takie cykle 30-40 minutowe.

I zaobserwować,czy faktycznie zajmujemy się tym, co mieliśmy zrobić,czy w międzyczasie podglądaliśmy safari,nowe stroje na Halloween,czy inne.

Jakby nam nie poszło,to mamy zrobić po tych 30-40 minutach(najlepiej nastawić budzik,bo możemy przegapić) przerwę 5 minutową. Wstać, rozprostować kości, dać odpocząć oczom.

I działać z planem, że np podczas tego czasu ogarnę maila,czy napiszę 2 pisma, albo np w moim przypadku napiszę post na blogu.

I nie mówię tutaj, żeby wpaść ze skrajności w skrajność i wykonywać przez cały dzień tylko zadania,bo też musi być czas na odpoczynek i rozrywkę,tylko wypośrodkować.

Pracuję nad sobą i nad zmianą przyzwyczajeń.

Może nie zawsze wychodzi wszystko,jakbym sobie zaplanowała,ale przynajmniej coś zacznę i małymi krokami zmienię.

A jak Wy sobie radzicie?

Miłej soboty Kochani, zostawiam Wam poranną kawkę.





niedziela, 7 maja 2023

Pokrętne myślenie

 

Tak się ostatnio zastanawiam, czy tylko ja tak mam?

Czy większość kobiet ma problem z myśleniem o sobie, zwłaszcza, kiedy mamy sporo na głowie.

Łapię się na tym, że zamiast ograniczyć do minimum moje plany, to ja wymyślam, co jeszcze zrobię.

Zwłaszcza, kiedy mąż ma ranną zmianę i nie ma go praktycznie do 17ej i wszystko jest na mojej głowie, to zamiast skupić się na tym, co muszę zrobić, a reszta jakoś pójdzie i trochę czasu uszczknąć dla siebie, usiąść, odpocząć, poczytać książkę, napisać list, czy posiedzieć w wannie z maseczką na twarzy.

Dzisiaj właśnie J zaczął tą swoją zmianę, że jak wstałąm o 7ej, to juz go nie było, a ja co?

Już trybiki pracują, a to trzeba posprzątać, ogarnąć, to może w tym tygodniu zrobię, jakbym miała mało na głowie.

Zaczęłam się nad tym zastanawiać, czym to jest powodowane i doszłam do wniosku, że niby chcę sobie udowodnić, że radę sobie dam, a tak naprawdę chcę udowodnić J jak cudownie sobie radzę sama, jak mi nikt nie przeszkadza.

Nie ważne, że kosztem własnego odpoczynku, chwili dla siebie, czy czasu z dziećmi, jakbym miała zaprogramowany program perfekcyjnej Pani domu, a tak naprawdę, jak mnie ktoś z nienacka odwiedzi, to i tak wtedy akurat będzie bajzel.

Ja wiem,że dom to nie muzeum, że nie musi być jak w katalogu, ale w kobietach to dążenie do perfekcji jest mocno zakorzenione i jak ma kurz od 2 dni, to już sie gorzej czuje.

Lubię mieć czysto, bo jak jest porządek, to wiem, gdzie co jest?

Ale nie mieszkam sama i każdy może i powinien po sobie sprzątać, teoria sobie,a życie sobie.

Jednak doszłam do tego, że jedna osoba nie da rady sama posprzątać wspólnych pomieszczeń.

Dlatego, choć na początku chciałam ambitnie zaplanować czas prawie co do minuty, to postanowiłam trochę odpocząć, co się uda, to zrobię, co nie, trudno.

Dla mnie zdrowie moje ważniejsze jest, niż nie starty kurz,a zmęczenie i brak snu dają mi się ostatnio we znaki i brak czasu dla siebie, sprawia, że jestem rozdrażniona i ciągle zmęczona.

Wiadomo,że fajnie by było, gdybym zrobiła to i tamto, ale jak to zrobię za tydzień, to też nic się nie stanie.

Jak byłam młodsza, to zarywalam noce, bo musiało być wszystko wysprzątane, podłogi wypastowane, a od rana gotowanie, pranie,zakupy i wszystko z jęzorem na brodzie, bo muszę ze wszystkim się wyrobić, bo co ludzie powiedzą itd.

Z czasem nauczyłam się coraz bardziej odpuszczać, wyluzować, robić to, co niezbędne, bo życie jest jedno i szkoda życia na ciągłe obowiązki.

Poza tym życie pokazało mi, że jeżeli o siebie nie zadbam, to nikt za mnie tego nie zrobi, a organizm się o swoje upomni i zdrowie będzie szwankować, jak odpowiednio nie zadbam o siebie.

A Wy potraficie odpuścić?

sobota, 15 kwietnia 2023

Mam pisać, więc piszę


Choć na zewnątrz uśmiech, to w sercu mnóstwo emocji mi się kłębi i muszę to z siebie wyrzucić, więc za namową terapeuty będę pisała tutaj o tym, co mnie wkurza, co mnie boli.
Niestety przez to, że nie chcę nikogo skrzywdzić, kiszę wszystko w sobie i w ten sposób krzywdzę siebie.
Nie potrafię zareagować, kiedy ktos mi mówi, co powinnam, a czego nie, a nie wie, z czym się codziennie zmagam.
Łatwo komuś z boku powiedzieć, nie krzycz, nie denerwuj się i tłumaczyć np. mojego tatę,że chory, że stary.
Tak chory, stary jest i ja to wiem, ale jak ktoś jest z nim kilka minut w ciągu miesiąca i przy kimś on robi minę biednego żuczka i przeprasza, że żyje.
Chociaż zanim przyszedł gość przez 3 godziny chodził za Tobą krok w krok, mówił Ci, jaka jesteś beznadziejna, zasypywał pytaniami, kłócił się , wyzywał Cię, bo raczyłaś zająć się dzieckiem przez chwilę, a przecież masz go non stop słuchać, bo musi być w centrum.
Albo kiedy w ciągu dnia 15 razy sprzątasz toaletę, bo poza innymi nałogami Ojciec uwielbia łykać leki na przeczyszczenie i brudzi toaletę za każdym razem,a Ty nie masz czasu i siły sprzątnąć w tym czasie salonu i jak ktoś przychodzi, to widzisz ten oceniający wzrok i się tlumaczysz, że dziś robisz dzień wolny, bo chcesz odpocząć.
A i tak w nocy jak wstaniesz siku, to sobie musisz wyszorować całą toaletę włącznie z podłogą i ścianami, ale nie, Tatuś nie robi tego specjalnie, to choroba.
Ciekawa jestem, jakby zareagowaly te osoby. które zwracają mi uwagę, gdyby dzień w dzień musiały się z tym zmagać, a to tylko wierzchołek góry lodowej.
Nie to, że chcę tylko narzekać na mojego Ojca, ale życie z nim jest cholernie ciężkie, bo owszem ma choroby i fizyczne i psychiczne, ale też potrafi wszystkimi manipulować i lekarzami i rodzeństwem, aby uzyskać swój cel.
Pamiętam jak jeszcze Mama żyła, to uważałam, że ona jest ta zła.
Przychodziliśmy i Tatuś dosłownie na paluszkach chodził i do Mamy : Majku to, Misiaczku chodź , bo dzieci przyszły, a ona siedziała w innym pokoju, przychodziła po pewnym czasie, albo jak po nią szedł kolejny raz, to na niego krzyczała, czy wyklinała i wszyscy stawaliśmy w obronie Taty, bo Tatuś chce dobrze,a Mama się drze i jest nerwowa.
Jak pewnie przez ostatnie 3 godziny jej dokuczał, to nie dziwię się, że miała dość i chciała ochłonąć.
To o tym się nie pamięta, tylko ocenia i daje cudowne rady.
Długo wahałam się, czy o tym napisać publicznie, bo to przecież" pranie brudów", ale moja Pani terapeutka powiedziała, że może jak ktoś inny przeczyta, to będzie mu rażniej, bo może teź tak ma, a może rodzina i znajomi choć będą mieli żal, zobaczą, z czym na codzień muszę się mierzyć.
Dzień po dniu, noc po nocy, bo w nocy też nie jest lepiej.
Poza tym abym poczula się lepiej, muszę to z siebie wyrzucić, bo na dłuższą metę nie dam rady funkcjonować w ciąglym stresie i patrząc tylko na to,żeby kogoś nie urazić, tak się nie da żyć.

wtorek, 17 stycznia 2023

Wizyta u chirurga onkologa

 Myślałam, że będę pisała na bieżąco,ale ten rok nabrał jeszcze większego przyśpieszenia niż poprzedni.

Więc na szybko uzupełniam, bo tutaj naprawdę niewiele pisałam.

W lipcu 2022 roku wreszcie doczekałam się na kontrolne usg piersi.

Jakież było moje zdziwienie,kiedy lekarz radiolog mówi, że jemu nie wygląda to na torbiel,a bardziej na guzek.

Zaczął porównywać z poprzednim badaniem i nawet mi pokazał, że torbiel miała zupełnie inną konsystencję.

Mówiąc szczerze trochę się załamałam, ale zapytałam i co dalej?

Powiedział,żebym skonsultowała się ze swoim ginekologiem,lub onkologiem.

Więc zapisałam się za miesiąc na wizytę, Pani doktor powiedziała, że trzeba być dobrej myśli,bo nie powiększył się,jest tej samej wielkości i szybko wyłapana zmiana konsystencji.

Skierowała mnie na mammografię na cito, którą wykonałam tydzień później, niestety musiałam czekać na wynik i opis około 3 tygodni.

Ciężkie to było,bo choć starałam się nie stresować,gdzieś tam z tyłu głowy miałam te myśli, a co jeśli?

W końcu odebrałam wynik, potwierdzający to,co było widoczne na usg.

Z wynikiem spowrotem do onkologa, Pani doktor ze względu na obciążenie rodzinne wysłała mnie do Centrum onkologii ziemi lubelskiej na konsultację.

Od razu zaznaczyła kogo ona poleca, zapisałam się na grudzień.

Lekarz konkretny, patrząc na opis mówi, że nie ma się do czego przyczepić, ale on woli osobiście zrobić swoje usg.

Poprosił mnie na badanie, podczas którego mówi: ale ten opis to jest kopiuj wklej, a nie do Pani guzka.

Mnie się nie podoba to co widzę,czy zgadza się Pani na biopsję.

Co miałam zrobić, powiedziałam: tak i myślałam, że wyznaczy mi termin za miesiąc.

A zanim się obejrzałam zrobił mi zastrzyk i pierwszą próbkę pobrał.

Ja w szoku, a on mówi, że jeszcze kilka pobierze, 2 razy jeszcze się wkłuł, pielęgniarka zrobiła opatrunek i kazał przyjechać 17 stycznia jak będzie wynik.

Widząc moją minę powiedział na odchodne: to mały guzek, będzie dobrze.

Może to głupie,ale w tym czasie usłyszałam w radio utwór,który podtrzymywał mnie na duchu, wrzucę Wam go tutaj. Może komuś się przyda?


Starałam się za dużo nie myśleć,nie analizować,ale w nocy przed wizytą nie mogłam spać i czułam stres.

Pod gabinetem było bardzo dużo osób,duszno, do tego te maseczki, zajęłam kolejkę i przeszłam na drugi korytarz usiąść.

W końcu po 3 godzinach moja kolej, Pan doktor powiedziałam, że to nowotwór niezłośliwy. Na szczęście podczas biopsji pobrany w całości,ale że jestem w grupie ryzyka,to skieruje mnie do poradni profilaktyki piersi, żebym była pod kontrolą.


Powiem Wam, że odetchnęłam z ulgą,bo człowiek w takich momentach jest ogromnie zestresowany.
A Wy bądźcie się regularnie?


czwartek, 5 stycznia 2023

Ortopeda i moje problemy z kolanem

 Słowo się rzekło,że będę częściej na blogu pisała,więc muszę słowem wstępu wyjaśnić co nieco.

We wrześniu ubiegłego roku po dosyć długim klęczeniu, kiedy próbowałam wstać, pykneło mi kolano i zabolało mnie.

Dosłownie w oczach mi spuchło i nie byłam w stanie zgiąć nogi, kolano było gorące i do wieczora tak mi spuchło,że ledwo co w spodniach się mieściło.

Pomimo oszczędzania się,było coraz gorzej, więc poszłam do rodzinnej.

Zbadała, powiedziała, że mogłam sobie coś zerwać, a że kolano jest gorące,to świadczy o stanie zapalnym.

Przepisała biofenac i skierowanie do ortopedy z zaleceniem: nie chodzić dopóki kolana nie zobaczy ortopeda.

Termin na NFZ na 5 stycznia 2023, zapisałam się, wróciłam do domu, oszczędzałam nogę,niby mniej bolało,ale nadal nie mogłam zgiąć i opuchlizna była.




Więc poszłam prywatnie do ortopedy, z jednej strony 180 zł, ale z drugiej w ramach wizyty usg kolana, lekarz ocenił, że łękotkę uszkodziłam i płyn mi się rozlał. Ściągnął płyn, zrobił zastrzyk ze sterydów w kolano i dosłownie w ciągu minuty mogłam zginać nogę.

Przepisał mi diclovit i structum na odbudowę chrząstki stawowej.

Niby jest lepiej,ale żołądek ucierpiał na tych lekach i musiałam je odstawić.

Nie jestem w stanie kucać,ani klęczeć,bo ból jest nie do zniesienia.

Wreszcie doczekałam wizyty na nfz u innego ortopedy, który podejrzewa pęknięcie torbieli w kolanie.

Dostałam skierowanie na rezonans magnetyczny i udało się dosyć szybko zapisać,bo już na 6 lutego.

Z wynikiem mam przyjść do ortopedy i zobaczymy,co dalej.

Oczywiście łatwiej mi by było i lżej,gdyby mi się udało parę kilogramów schudnąć,ale ciężko mi to zrealizować.


piątek, 9 września 2022

Trylogia kres wieczności



 Książki Pauliny Simons po raz pierwszy trafiły w moje ręce kilka lat temu, kiedy przyjaciółka poleciła mi trylogię Jeździec Miedziany.

Ta autorka ma w zwyczaju dosyć długie wstępy najeżone opisami postaci, budynków, czasów.

Ale jak się rozkręci akcja, to się czyta i czyta.

Więc zachęcona tym, że poprzednia trylogia moment była przeczytana, wypożyczyłam nową opowieść w 3 tomach.

Pierwszy tom był tak ciężki do czytania , już pomijam fakt, że przez pierwsze 60-80 stron są charakterystyki postaci, opisy ich mieszkań i przyzwyczajeń, oraz jakieś dziwne wkręty.
Myślę sobie ok, pewnie tak jak przy tamtej trylogii jak mężczyzna pozna kobietę,a kobieta mężczyznę to będzie się działo.
Poznają się i przynajmniej ja z góry widziałam jak to się skończy, czytałam tak od niechcenia,dokładnie wiedząc,co będzie dalej.
Przy tym zaczęły się jakieś historie o Chińczyku, innych wierzeniach, dziwnych miejscach.
W pewnym momencie miałam ochotę rzucić tą książkę i więcej nie wracać do czytania.
Na jednym z forum czytelniczych zapytałam,czy będzie w końcu zwrot akcji, bo już 180 stron przemeczyłam.
No i wreszcie autorka mnie zaskoczyła, nie wierzyłam w to co czytam.
Miało być miło, a potem żyli długo i szczęśliwie, a tu pyk i on ją stracił.
Nie mógł w to uwierzyć, ja również, ale postanowił za wszelką cenę ją odzyskać.
I choć historia wydaje się niemożliwa, nieprawdopodobna cofa nas w czasie o kilka stuleci, to potem już czyta się momentalnie, z zapartym tchem.

Towarzyszyły mi skrajne emocje podczas 2 pozostałych tomów,bo z jednej strony bardzo chciałam,aby byli razem, aby to się dobrze skończyło, a z drugiej wiem jakie jest życie i że czasem nie ma szczęśliwego zakończenia.
Byłam zaskoczona opisem danych epok i lat, człowiek mógł poznać trochę historii, a przy tym niesamowitego partnerstwa dusz.
Ogólnie super, gdyby nie ten pierwszy tom 😉
Także w sumie bym Wam poleciła,jeżeli przebrnięcie przez ponad 100 stron pierwszego tomu.




czwartek, 29 listopada 2018

Miesiąc z życia mamy wcześniaka

Choć już niedługo nasz Mateuszek skończy miesiąc czasu, to dziś mija miesiąc naszej całkowitej opieki nad nim.
Mija miesiąc jak zabraliśmy go do domu.
Pamiętam, jakie emocje nam towarzyszyły. radość a zarazem niepokój.
Kilka dni wcześniej koleżanka Mateo z sali miała wyjść do domu, już nawet mama jej się uczyła opieki, kąpała itd. a potem okazało się, że wyniki się pogorszyły i musi jeszcze zostać w szpitalu, dlatego do końca nie byłam pewna na 100% czy tego dnia będziemy go mogli zabrać do domu.
Od 10ej byliśmy w szpitalu, przebrałam Matiego, nakarmiłam, Pani mu podłączyła monitor, aby sprawdzić saturację.
Przyszedł doktor Sławomir i mówi, że wychodzimy, ale musimy poczekać na wypis.
Po 14ej wypis był gotowy, doktor miał dla mnie mnóstwo papierów do podpisania, wielką kartę informacyjną i sporo wytycznych.
Przede wszystkim karmienie co 3 godziny bez względu na porę dnia i nocy, jak się nie budzi na jedzenie to go budzić, bo to bardzo ważne, aby jadł w nocy.
Ponadto dostał żelazo 2 x dziennie, witaminy z grupy b krwiotwórcze,witaminę d3 i mnóstwo skierowań.
Szczerze to byłam w lekkim szoku, jak dostałam plik skierowań: do poradni patologii noworodka, do neurologa, poradni rehabilitacyjnej, okulistycznej, audiologicznej, kardiologicznej i jeszcze mieliśmy od rodzinnego wziąć skierowanie do poradni preluksacyjnej na bioderka.
Pierwsze dni były trudne, bo i dzwonienie po poradniach i nauczenie się rytmu własnego dziecka.
Inaczej jak byłam z nim od czasu do czasu, co dzień przez kilka godzin, a co innego mieć go cały czas przy sobie.
Na początku nie rozpoznawałam, czy płacze bo ma mokro, czy go boli, a może mu za gorąco.
Jedyne pewne były godziny jego karmienia, aby nie zaburzać mu rytmu karmiłam go jak w szpitalu o 3,6,9,12,15,18,21,24ej.
Karmiłam go i odciągałam porcję mleka na następne karmienie i między karmieniem a odciąganiem zostawało mi 1,5 godziny dla siebie, czy na ogarnięcie czegoś.
Stopniowo uczyliśmy się rozpoznawać jego potrzeby,a największa z nich to potrzeba bliskości, dlatego najlepiej się czuje na rękach, albo jak go kangurujemy.
Dzień po powrocie Mateuszka do domu przyszła położna zobaczyć co i jak.
Synek wyszedł ze szpitala 29.10 z wagą 2270g polożna na kolejne wizyty zabierała ze sobą wagę, aby sprawdzić, jak przybiera i tak 5.11 ważył 2500g , 12.11 2690g , 19.11 2990g a 26.11 3300g.
Mieliśmy zalecenie aby do każdej porcji mego mleka podawać specjalną odżywkę dla wcześniaków zwiększającą masę.
Byliśmy w Lublinie w poradni okulistycznej, na dzień dziesiejszy wszystko ok, kontrola za miesiąc.
Z bioderkami też ok, ale w grudniu kontrola.
Byliśmy też u neurologa i poradni rehabilitacyjnej, na dzień dzisiejszy wszystko prawidłowo, ale kontrola musi być.
W poradni patologii noworodka jak byliśmy 2 razem, to skierowano nas do chirurga, aby obserować, czy nie robi się przepuklina.
Mały jest coraz bardziej kontaktowy, choć uwielbia być na rękach, tulić się i żeby go nosić, a najlepiej się czuje jak się kładę razem z nim.
Konsekwentnie go przystawiałam do piersi, choć na początku nie wiedział o co chodzi, a teraz sam się domaga.
Jeszcze nie ma siły wyssać sobie tyle, co z butelki mego mleka, bo np possie i śpi 1,5 godziny, a jak wypije z butelki moje mleko to śpi 2-3 godziny.
Ale czasem odpycha butelkę i tylko cyś, zwłaszcza nad ranem to dotąd się kręci aż mu dam cysia i sobie śpimy do rana.
Jednak przed każdym karmieniem te 15 minut ssie pierś, a resztę dojada z butelki.
Uwielbia rytuały i powtarzalność, najbardziej lubi się kąpać, mógłby nie wychodzić z wanienki.
Uśmiecha się coraz bardziej świadomie, gada po swojemu i polubił zabawę pluszakami.
Choć początki były trudne, bo i on nas musiał się nas nauczyć i my jego.
Teraz z każdym dniem jest łatwiej.
Dzieciaki też uwielbiają małego i się nim zajmować.
Przy nim dni mi dosłownie uciekają, tak szybko czas mija.
Ani się obejrzymy, a skońćzyu 2 mce

sobota, 17 listopada 2018

17 listopada Dzień Wcześniaka, dla nas po raz pierwszy

Do tej pory nawet nie zdawałam sobie sprawy, że jest coś takiego jak Międzynarodowy Dzień Wcześniaka.
Dziś będąc mamą wcześniaka o tym wiem, dobrze. że w mediach o tym mówią, że lekarze, których obserwuję o tym piszą.
Może napiszę Wam moją historię z mojej perspektywy.
Jak część z Was wie, lub nie ta ciąża była od początku ciążą wymagającą ode mnie wiele.
Musiałam brać leki, być na zwolnieniu, leżeć, a i tak co rusz nagle musiałam jechać do gina, bo coś się działo.
O ciąży Wam może napisze oddzielnego posta, bo sporo tego jest.
Od początku października brzuch mi się opuścił i czułam się jak w początkach ciąży, przemęczona, ciągle bym spała i na nic do jedzenia nie miałam ochoty.
Mały w brzuchu ogólnie dosyć delikatnie się ruszał, ale 3 października nie czułam jego ruchów przez kilka godzin.
W nocy podjechałam na IP gdzie zrobili mi ktg, podczas którego młody się ruszał i odesłali do domu.
w nocy z niedzieli 7 października na poniedziałek znów nie czułam ruchów.
Było to tym bardziej dziwne, że młody jak nawet w dzień był spokojny to koło 22-23ej się uaktywniał.
U mnie w przychodni nie było położnej,która by mi mogła zrobić ktg.
Podjechałam do prywatnego gabinetu, ale mi powiedzieli, że bez ginekologa nikt mi nie podłączy.
Zadzwoniłam do mojego gina i pokierował mnie do przychodni w której najpierw musiałam poczekać.
Potem dostałam nr do Pani położnej, po całym wywiadzie przez telefon Pani mi powiedziała, że może mi zrobić ktg następnego dnia.
Ale ja jakoś ubłagałam ją i podesłała mi swoją koleżankę.
Z wynikiem poszliśmy do szpitala, choć położna mi powiedziała,że jest równy zapis i nie widać, aby dziecko się ruszało.
Lekarz obejrzał wynik powiedział,że jest ok i odesłał do domu.
W nocy obudził mnie ból brzucha i poczułam jakby mi częściowo wody odeszły i zaczęłam plamić.
Zadzwoniłam po męża i podjechaliśmy na IP.
Podłączyli pod ktg, miarowe, usg lekarz stwierdził, że nie jest dobrze, ale nie wiedziałam co i jak?
Znów mi podłączyli ktg, kazali wypić słodkie i nic.
Do kolejnego usg został zawołany inny ginekolog, od którego się dowiedziałam, że rozważają cesarskie cięcie, ponieważ jest mała ilość wód, złe przepływy a wielkość dziecka taka jak 2 tygodnie temu na 33tc a byłam w 35tc.
Zapytali mnie, czy dostawałam sterydy na płucka dziecka?
Potem mnóstwo pytań od anestazjologa, 7 razy mi się wkłuwali zanim mi założyli wenflon.
Ręce mi się z nerwów trzęsły i Pani anastezjolog powiedziała,że najlepsze dla mnie wyjscie to jak mnie uśpią.
Obudziłam się,kiedy przekładali mnie na łóżko i zaczęłam płakać, bo nikt mi nic nie mówił.
Jak mnie wywieźli na korytarz podszedł do mnie Jacek i powiedział,że widział małego, że jest w inkubatorze i dostaje tlen.
Znowu usnęłam, co rusz pojawiała się pielęgniarka aby mi mierzyć ciśnienie, od której niczego o dziecku nie mogłam się dowiedzieć.
Na chwilę przyszedł Jacek, mówił, że jest ok.
Chciałam zobaczyć dziecko, ale 12 godzin musiałam na płasko leżeć.
Poprosiłam Jacka, aby zrobił małemu zdjęcie i mi przesłał.

W międzyczasie przyszła Pani od noworodków, nacisnęła mi piersi i stwierdziła, że jeszcze siary nie ma.
Zostawiła mi pojemnik, abym odciągnęła siarę.
Tylko jak to miałam zrobić leżąc płasko???
Zostałam z myślami sama, znowu płakać mi się chciało.
Wieczorem dołączyła do mnie inna Pani do CC, za chwilę przynieśli jej córeczkę, którą mogła karmić i przytulać.
Było mi ogromnie przykro, że nie mogę przytulić swojego dziecka.
Na wieczornej wizycie poprosiłam, aby mnie ktoś zawiózł do dziecka, to usłyszałam, że nie ma takiej opcji.
A w ogóle jakby mi zależało, aby zobaczyć dziecko, to bym poszła i zobaczyła.
Pionizowanie po cesarce to masakra, ale wszystko człowiek jest w stanie przeżyć.
Następnego dnia z rana przenieśli nas do innej sali i podczas porannej wizyty noworodkowej każda Pani była informowana o stanie zdrowia dziecka, dziecko badane przy Mamie itd.
A ja nic nie wiedziałam.
W pewnym momencie podszedł do mnie jeden z lekarzy i zapytał: Pani jest Mamą tego wcześniaczka z wczoraj?
Musi się Pani nauczyć cierpliwości i powoli się Pani nauczy jak być Mamą wcześniaka.
Jeżeli nie mówimy nic to jest dobra wiadomość, jeżeli mówimy, że stan jest stabilny to też jest dobra wiadomość.
Proszę się nie obwiniać,to nie Pani zawiązała supeł na pępowinie dziecka i dlatego były złe przepływy.
Czasem tak się po prostu dzieje, dobrze, że w porę był wyjęty.
Powiedział mi ,że mały miał podłączony tlen, ale tylko przez kilka godzin, bo szybko mu wzrosła saturacja i zaczął samodzielnie oddychać.
Dowiedziałam się,że zrobili mu usg przez ciemiączkowe, rtg klatki piersiowej, które wykazało zapalenie płuc, że ma wdrożony antybiotyk i kroplówkę odżywieniową.
Kiedy przyszedł Jacek w odwiedziny poszliśmy do maluszka.Choć wyobrażałam sobie,jak wygląda takie dziecko w inkubatorze to jak stanęłam przed inkubatorem , w którym był Mateusz chciało mi się płakać.
Znów wrócilo poczucie winy,że nie potrafiłam donosić tej ciąży,że przeze mnie jest w inkubatorze.
Choć łamał mi się glos zaaczęłam mówić do maluszka,a jemu od razu tętno przyspieszyło.
Pani powiedziała,że rozpoznaje mój głos.
Przyszła do mnie znów z pojemniczkiem i pytaniem,czy już odciągnęłam siarę dla dziecka?
A ja pomimo tego,że 1sze dziecko karmiłam piersią 15mcy,drugie 18mcy a trzecie 20 to nie wiedziałam, jak się do tego zabrać.
Dziewczyny mi podpowiedziały,abym co 3 godziny pracowała metodą 3-5-7
Tym sposobem pod wieczór udało mi się odciągnąć ręką kilka kropli.
Od razu poleciałam na intensywną, a Pani mu od razu do buzi wlała siarę.
Następnego dnia jak do małego poszłam Pani mi wytłumaczyła do czego sa te wszystkie rurki i co się pisze na monitorze.Po czym mówi,żebym dotknęła maluszka.
Z jednej strony marzyłam o tym, z drugiej bałam się,że mu zrobię krzywdę.
Kiedy zaczęłąm go dotykać monitor zaczął wyć a mały się prężyć.
Wtedy Pani powiedziała,że nie głaszczemy, bo jemu każdy dotyk taki kojarzy się z wkłuciem i kroplówkami.
Tylko kładziemy całą dłoń na główce czy brzuszku bądź pleckach.
Tego dnia pierwszy sukces laktacyjny.

Udało mi się wycisnąć ręką kilka mililitrów siary, więc od razu poleciałam im zanieść.
Panie mnie zachęciły do dalszej pracy, bo powiedziały, że nie chciały by dawać małemu mieszanki, bo mleko mamy jest najlepsze.
A musi zacząć się uczyć ssać, więc im więcej będzie mego mleka tym lepiej.
Dostałam też od Pani książeczki o opiece nad wcześniakiem.
Wieczorem przyszedł neonatolog, że mały ma małopłytkowość i jeszcze mu płytki spadły, norma jest od 100 tys a on miał przy urodzeniu 52tys.
Jak mu spadnie poniżej 40 to będą musieli przetaczać płytki.
Zrobili mi dodatkowe badania, aby znaleźć przyczynę i znów czułam się winna.
Następnego dnia spadły mu płytki na 42 i postanowili zamiast przetaczania płytek podać mu immunogobulinę.
Na wieczór przyszła lekarka i w zasadzie nic nie wyjaśniła, tylko, że jest gorzej i płytki spadły do 32 tys i życzy mi miłej nocy.
Kiedy wyszła zaczęłam płakać, tak bardzo się bałam o tego małego okruszka, a ona powiedziała,że nic nie będzie robić i nie pozostaje nam nic innego jak czekać.
Po jej wyjściu popłakałam się i uruchomiłam wszystkie możliwe grupy modlitewne.
Następnego dnia wynik wzrósł o 10tys i mały ładniej wygladał, taki bardziej noworodkowy, choć nadal bardzo malutki.

Przychodziłam do niego co 3 godziny z tym,co mi się udało odciągnąć ręką dla niego.
Podczas jednej z takich wizyt 4 dnia jego życia Pani mówi do mnie: niech Pani siada na fotelu i odepnie koszulę.
Zanim się zorientowałam podała mi Mateuszka do kangurowania.
To było takie mega uczucie, wreszcie czuć własne dziecko.
Dla niego też to było fajne, bo się wtulił i zasnął.
Tutaj na zdjęciu ma sondę w nosku.
Ogólnie karmili go moim mlekiem z butelki, ale jak nie miał siły ssać to mu podawali przez sondę.
Uczyłam się jak go przewinąć, bo wbrew pozorom przy takim maleństwie w inkubatorze to nie takie proste.
Jak go karmić, z dnia na dzień wyniki mu się poprawiały, po 10 dniach doktor zdecydował o zakończeniu terapii antybiiotykiem i kroplówce odżywieniowej i został praktrycznie tylko na moim mleku i pięknie przybierał na wadze.
Dostał jeszcze raz immunoglobulinę i pamiętam jak Pani doktor mnie poprosiła do gabinetu.
Ja szłam taka pełna obaw i zestresowana a ona mówi: Mateusz ma wynik płytek krwi 100 tys.
Najpierw nie mogłam w to uwierzyć, a potem popłakałam się ze szczęścia.
Kolejnym przełomem było to, że zaczęli go ubierać, bo zmniejszoną miał temperaturę w inkubatorze.
Niestety po 10 dniach z braku miejsc wypisali mnie do domu i mogłam do niego tylko dojeżdzać przywozić mu moje mleko i siedzieć kilka godzin.

Któregoś kolejnego dnia przychodzę do niego, a on nie w inkubatorze, tylko w normalnym łóżeczku jest.
Urodził się o 5:23 9 października z wagą 1740g i 46cm, waga mu spadła do 1630g w 2 dobie, ale potem systematycznie rosła.
29 października, kiedy wypisali go do domu ważył 2270g i 48cm.
Dostaliśmy całą listę zaleceń i skierowań do poradni specjalistycznych.
A po powrocie do domu radość wielka



Mały każdego dnia nas czymś zaskakuje i choć bardzo mu brakuje bliskości i głównie spędza czas na rękach, uczymy się siebie nawzajem.
Co tydzień przychodzi do nas położna i 13ego mały ważył 2740g czyli kilogram więcej niż w dniu porodu.
Bycie Mamą wcześniaka uczy mnie pokory i cierpliwości i tego, że jak jest stabilnie to jest dobrze.
Nie planujemy, uczymy się siebie wzajemnie i cieszymy każdym dniem.
Opieka nad wcześniakiem to wsłuchanie się w jego potrzeby,
Mateusz nie lubi gwałtownych ruchów, zmiany, intensywnego kołysania, głośnych dźwięków.
Za to lubi spokój, kąpiel, bliskość, muzykę relaksacyjną i dużo miłości










piątek, 26 stycznia 2018

Studniówka mojego syna

Nie wiem, jak Wam, ale mi strasznie szybko ten czas leci ,a  jeszcze szybciej dzieci mi rosną :)
Taka kolej rzeczy, takie jest życie.
I tak 6 stycznia mój Marek miał Studniówkę, poszłam obejrzeć poloneza i wróciłam do domu, a niech się młodzież bawi.
Kilka dni temu dostaliśmy zdjęcia, więc zamieszczę Wam kilka.













Młodzież bawiła się w " Gościńcu nad Wisłą ", jak widać bawili się świetnie i humory dopisywały.
Wróciły wspomnienia o mojej Studniówce, która niby tak niedawno była, pamiętam, jak nie mogłam się doczekać, kiedy będzie, jak ćwiczyłam poloneza, a potem zabawa z nauczycielami, rozmowy, radość i śmiech.
Ani się obejrzałam a mój syn dorósł i miał Studniówkę i zaczęło się odliczanie do Matury.
Trzymam kciuki za tegorocznych maturzystów  za Maturę i za dobre wybory życiowe.

Zdjęcia : Bakinowski i Stankiewicz.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

26 finał WOŚP

Kolejny finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy za nami.
Wzięłam udział po raz 7, choć osobiście wolontariuszem byłam 3 raz, wcześniej jako opiekun chodziłam z dziećmi, pomagałam im.
Dzień zaczął się dla mnie o 6 rano, bo na 7 mą poszłam do kościoła i zaraz po wyjściu stanęłam z Darią i Angeliką i zbierałam do puszki.
Wróciłyśmy po 9ej do domu na śniadanie i ubrać się cieplej, bo był przenikliwy wiatr.
Przed kościołem spotkałyśmy się z różnymi reakcjami, ale głównie pozytywnie.
Pani dała Angeli cukierka, proponowano nam herbatę, sok i inne.
Przed 12tą pojawiłyśmy się w Galerii, gdyż z czytnikiem kart tym razem chodziłam, aby każdy mógł się zbliżyć do orkiestry.
W Galerii Zielonej było mnóstwo atrakcji w związku z finałem, m. in. przejażdzka Ursusem, samochodami terenowymi, malowanie twarzy, profesjonalny makijaż, zdjęcie z misiem, ciasteczka od szkoły.
Była też możliwość zgłoszenia swojego uczestnictwa w DKMS i zapisania się w bazie dawców










Występowały zespoły dziecięce i młodzieżowe, ludzie się uśmiechali i byli dla siebie życzliwi



Nie oglądałam wszystkich występów, ponieważ miałam jak widać pełne ręce roboty, ale jedna dziewczyna mnie zachwyciła, choć krótko nagrałam jej występ, bo zostałam zawołana :)


Działo się dużo, ludzi było mnóstwo, ale chyba lubię takie zamieszanie.
Razem z Angelą zostałyśmy poproszone o pomoc w aukcjach na rzecz Orkiestry, Angelika pomagała Panom prowadzącym, a ja pilnowałam formalnej strony, czyli można było u mnie zapłacić zbliżeniowo za wylicytowaną rzecz, albo przekazać darowiznę bezpośrednio do puszki.






Same też wrzuciłyśmy pieniążki dziewczynom do puszki, aby mieć swój wkład :)

Przynoszono nam też pieniądze w lufkach po tabletkach musujących i w workach, wszystko lądowało w puszkach, które z godziny na godzinę były cięższe.

Na koniec były taki mega tort :)



Po 20ej zostałyśmy rozliczone :)
Korzystając z okazji, że w tym roku z Orkiestrą grał mBank i podwajał każdą wpłaconą kwotę i w ten sposób wspomogłam orkiestrę
Wróciłyśmy zmęczone i troszkę zmarznięte koło 21ej do domu, ale wiecie co? Było warto, ta energia, zaangażowanie tylu ludzi a przede wszystkim sprzęt z serduszkiem, który widzisz na każdym oddziale ratujący zdrowie i życie ludzkie.
Dla takich chwil warto :)
Dziękuję wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób pomogli, wspierali, wpłacili i do następnego razu :)