Człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wielki wpływ na nasze życie i samopoczucie ma nasz rozum, mózg, głowa.
Wiadomo, że żeby człowiek poruszył ręką czy nogą musi pójść sygnał z mózgu. Najlepiej było to zilustrowane w kreskówce; "Było sobie życie".
Jednakże niewielu z nas zdaje sobie sprawę z tego, jak wielka siła drzemie w naszym umyśle.
Weźmy sobie takie przeziębienie, owszem mamy katar, często kaszel, może nam towarzyszyć gorączka.
Ogólnie czujemy się nieszczególnie, jak mówi pewna reklama "niewyraźnie".
Co robimy?
Łykamy witaminy, kładziemy się do łóżka i wypacamy się.
Gorzej przedstawia się sytuacja, kiedy nam nie przechodzi i zmuszeni jesteśmy pójść do lekarza.
Już w poczekalni widząc tych wszystkich chorych ludzi czujemy się gorzej.
W końcu wchodzimy do gabinetu i dowiadujemy się, że mamy zapalenie gardła, krtani, nie daj Boże płuc, albo anginę.
Wychodzimy z gabinetu na miękkich nogach, ledwo się do apteki dowleczemy, wykupimy leki, resztkami sił doczłapiemy do domu i łykając wszystko jak przekazał lekarz kładziemy się do łóżka.
Najchętniej byśmy z tego łóżka nie wychodzili, bo ból głowy, gardła, nosa, katar, gorączka, kaszel i tak leżymy i narzekamy, bo jesteśmy chorzy.
Mamy do tego prawo, ale jak się nastawimy, że musimy szybko wyzdrowieć, dla dzieci, bo praca i inne priorytety to ta choroba jakoś szybciej nas opuszcza.
Może być też inna sytuacja, kiepsko się czujemy i idziemy do lekarza po pomoc, a on nas kieruje na specjalistyczne badania, bo nie wie, co nam dolega?
Wracamy do domu ze skierowaniem i szukamy w internecie, czy to to? czy mam takie objawy? a te które mam o czym świadczą?
Wiele osób zakłada czarny scenariusz, każdy z nas się martwi, bo ma dla kogo żyć, ale udowodniono naukowo( jak zwykle amerykańscy naukowcy) że pozytywne nastawienie to połowa sukcesu w leczeniu.
A nawet zanim postawiona zostanie diagnoza, to powinniśmy odganiać od siebie te czarne myśli.
Dlaczego akurat dziś o tym piszę?
Ponieważ ostatnio mój umysł na moje samopoczucie również wpłynął.
Robiłam sobie rutynowe badania w Medycynie Pracy, ogólnie szybko żyje, więc i te badania szybko, weszłam do gabinetu, Pani mnie spytała : jak się czuję?
Ja, że świetnie.
Ciśnienie 120/80, glukoza w normie, wzrok dobry, rtg ok, jedynie Pani doktor napomknęła, że mam początki anemii i trzeba to skontrolować.
Ok, wyszłam stamtąd, poszłam do pracy, wróciłam do domu i zaczęło się doszukiwanie się objawów : zmęczona jestem ,to idę spać, bo pewnie anemia.
Rano robiłam trening i brakowało mi sił, to robiłam przerwy, bo to pewnie anemia.
Nawet moja dieta choć zbilansowana i zdrowa zaczęła mnie zastanawiać, bo może powinnam jeść samą wątróbkę z wołowiną, szpinakiem i burakami.
Ale nie dajmy się zwariować, każdy mi mówił, że za intensywnie żyje, że muszę odpocząć, wyluzować.
A ja swoje, bo mam anemię, w końcu będąc z córką w przychodni poprosiłam Panią w rejestracji o xero moich wyników i co się okazało.
Owszem hemoglobinę mam w dolnej granicy normy, ale nie mam jeszcze poniżej.
Mam mniej erytrocytów, płytek krwi i hematokrytu, ale nie ma co panikować.
Jak zobaczyłam czarno na białym wyluzowałam, stwierdziłam, że przejdę się do lekarza i zobaczymy, co mi powie na te wyniki? Czy zleci jakieś inne badania? czy poleci te, które już miałam wykonane?
Mój mózg zadziałał tak, że zasugerował mi, że mam anemię, więc nie mam siły na treningu, muszę częściej odpoczywać, więcej spać, itd.
Nie jest to szkodliwe, ale troszkę brakowało mi energii do działania i takiego powera.
Ciekawe, czy Wy też miałyście/ mieliście takie przypadki?